fbpx

O kwiecie, co z ziemi ku niebu wyrasta
pieśń niosę ku źródłu ciepła i jasności.
Wschodzi.
Faluje na wietrze oddechem miarowym
i w jego ramiona łapczywie wpleciony
nasyca zgłodniałe miłej woni nozdrza,
jak dzban lśniącej wody zdrojami.
Życie w nim rozkwita.
I jest w nim przyczyna i cel.
Jest trwanie i jest wzrost.
Jak piękno, co nigdy nie jest jednakie
– dojrzewa.

Życie daje mu siłę.
Niezmiennym parciem ku górze,
utwierdza w ziemi korzenie.
Wzrasta i wrasta.

Im wyżej swym liściom zaglądać pozwala,
tym głębiej penetruje wnętrze twardej ziemi
i mocniej rwie grudy skamieniałej gleby na strzępy.

Skrwawione palce nie przestają chwytać
nieuchwytnej wody.
Upija się duchem ziemi tak,
jak się dzban młodym winem napełnia.

Jego chwila jest krótka.
Północ zgasi światło, co wzrost ku niebu daje
i życie już sił nie będzie umacniać.
Umrze,
lecz nie bezowocnie.
Nim zwiędnie, jak kobieta,
której piękno jest ciałem okryte,
muśnięciem łodygi nierówno przyciętej
lśniącym zdrojom wody nada zapach wina.

Ten w wiatru ramiona łapczywie się wplecie,
falując jak piękno oddechem miarowym
i wdzięczną ku źródłu ciepła i jasności
o kwiecie dojrzałym pieśń wzniesie.


Warszawa, 26 lipca 2004,
Magdzie, Mojej 25-miesięcznej Dziewczynie,
już 13-miesięcznej i jeszcze tylko 12-dniowej Narzeczonej