fbpx


Ja, Sylwester
biorę Ciebie, Magdaleno za żonę
i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską,
oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci…


Miłość

W uciszeniu i samotności
rodzi się tęsknota za miłością prostą,
wypaloną słońcem,
przejrzystą
i otwartą jak serce
włócznią przebite.
Taka miłość nie może nie boleć.

Nic dla siebie.
Jakże udręki pełną jest droga,
która człowiekowi siebie samego pozwala pokonać.
Wypruć z korzeniami egoizm, jak chwast…
Taka miłość nie może nie boleć.

Kogóż uczynię gościem w swoim domu?
Co znajdzie w nim głodny,
spragniony, czy nagi?
Czy kołaczący
– choćby jedynie przez wzgląd na natręctwo
– znajdzie w nim miejsce,
gdzie głowę swą oprze?

Złym ludziom chlebak kamieniami zarasta,
a ja Bogiem się karmiąc
serce mam ociężałe…
Nie może nie boleć taka miłość,
co serce na nowo sercem uczyni.

Nic dla siebie
Nic dla siebie…

Lękam się tego ognia,
co ciała rozpali.
Tylko dwoje.
Bez głodnych,
bez spragnionych,
z drzwiami przed natręctwem kołaczących zamkniętymi.
I choć nadzy,
to tak łatwo zapominający o tych,
co nie mają odzienia.

Miłość wolna od upodobania.
Nie to, co chcę.
Nie tak, jak chcę.
Nie wtedy, gdy chcę.
Lecz to, tak i wtedy,
co, jak i kiedy jest dobre.
Najlepsze!
Jak młode wino.
Przedniejsze!
Taka miłość nie może nie boleć.


Wierność

Wiatr budzi mnie znowu.
Chłodny,
jak serce, co zapomniało,
że stałość mu pisana.
Niezmiennie jak oddech tłoczyć życie.
Trwać na straży.
Towarzyszyć.
Towarzyszyć w trwaniu
i w przemijaniu.

Otwieram oczy i patrzę.
Zieleni się las przydrożny nadzieją.
Ten już nie jedno przetrzymał.
Dlatego tak teraz dostojny.
Ech, gdyby tak drzewa mówić umiały…

Ileż nocy bezgwiezdnych!
Ileż deszczy chłoszczących niemiłosiernie!
Ileż burz, gałęzi złamanych…
Skąd więc ta zieleń?
Skąd to milczenie wolne od skarg,
wolne od żalów?
Wolne…

Wolność milczenia.
Nie wolność słowa.
Nie wolność paplania bez sensu i celu
ze słowem uwiązanym własną samowolą.
Wolność milczenia.
Wolność.
Właśnie dlatego ten las tak trwa.

A może dlatego, że trwa jest wolny?


Uczciwość

Powiem Ci.
Wiesz, że Ci powiem.
Chcę żyć tak, bym mógł Ci to powiedzieć.
Chcesz żyć tak, byś tego słuchać mogła.
Chcemy,
choć nie zawsze ma się ochotę.

Wszystko ze wszystkim się splata.
Wszystko we wszystko wplecione.
Wszystko wszystkiego czeka…
Jak mąż, który czeka na żonę.

Powiem Ci.
Wiesz, że Ci powiem.
Chcę żyć tak, bym mógł Ci to powiedzieć.
Chcesz żyć tak, byś tego słuchać mogła.
Chcemy,
chociaż chęć przychodzi potem.


Aż do śmierci

Nigdy.
Jakże przeraźliwie nieskończone to słowo!

Nie ośmielam się w ramy obietnicy ujmować tego,
co granice umysłu przerasta.

Czymże jest wola, co trwa tylko przez chwilę,
co przemija jak trawa, którą wiatr rozmiata?

Mogę tylko teraz,
mogę tylko jutro,
może rok,
osiemdziesiąt, jeśli jestem mocny.
Potem Cię opuszczę.
I ty mnie opuścisz.
Tak dopełni miary ludzkich słów granica.
Zaśniemy.

W zimnym lesie nadzieją zieloną
ufni, że nas wiatr ciepłym tchnieniem zbudzi
zaśniemy…

Czy wiesz, jak cisza potrafi pytać?
Jakże proste to pytania!
I jakaż trudna odpowiedź…
Jakże trudne życie,
co właściwą odpowiedź w śpiącym sercu rodzi.
I o ileż inne – trudniejsze…

W drzwi domu, gdzie jest mieszkań wiele
zakołacze serce rytmem dobrze znanym.
Nagość myśli odkryje.
Czy ten rytm rozpoznamy?

Co, jak, kiedy,
to, tak, wtedy,
młode wino – najlepsze,
nic dla siebie – przedniejsze…

Czy ten rytm rozpoznamy?


… tak mi dopomóż Panie, Boże Wszechmogący,
w Trójcy Jedyny i wszyscy święci.


Magdzie, w dniu ślubu.
Goszczyn, 7.08.2004.