fbpx

Wiesz, Ryszardzie, nie myślałem
że się życie tak zakręcić
może tuż przed lat trzydziestu.
Bo gdy plany obmyślałem
przed wakacji rozpoczęciem,
co by je owocnie spędzić,
nie kierował nikt protestu
wobec takich spraw kolei,
że się nauce ulubionej
oddam tak gorliwie tylko
jak to u mnie jest możliwe.

Nie możliwe – jak sądziłem –
by się dziać inaczej mogło.
W zakuwaniu zahartowan będąc
niemal pierwszorzędnie,
dość oględnie rzecz ujmując,
pewność miałem w owym względzie,
że inaczej być nie może.
,,Jak nie było, tak nie będzie.”

Nim do sedna rzeczy przejdę,
pozwól mój kompanie drogi,
że Cię z wolna w tej historii
kolej tu wprowadzę.

Znasz mą lubość do kurnika.
Nie od dzisiaj, gdy spotykam
mniej lub bardziej wdzięczną kurę,
to zaprzęgam swe zdolności,
aby szare jaja, które
w swym żywocie muszą znosić,
w mig zamienić im w pisankę.

Frajdy przy tym miłosiernej
zwykle nie brak obu stronom.
Choć i tak się zdarza czasem,
że się kura wkurza zdrowo,
robiąc mi wyrzuty o to,
że pisanki z sobą zabrać
na pamiątkę nie mam chęci.

Lecz już taki kurzy los…

Lubość, jaką w sobie noszę,
snu mi z powiek nie spędzała.
Choć nie mała w swych rozmiarach
i gorliwie podnoszona,
to nie miała mocy takiej,
by istotnie fundamenty
życia mego wzruszyć.

Więc zdziwieniem, równie wielkim
jakim stanie się dla Ciebie,
było dla mnie to wzruszenie,
co sprawiło, że dla siebie
chciałem bardzo pewne jaja
w barwy wiosny przyozdabiać.

Teraz muszę się nagłowić,
jak niezręczność tę rozsupłać,
kiedy mówię dziś, że w kurze
nie dla jaj się względy wkupiam.

Dość, że sedna sprawy teraz
dotykamy istotowo.
Tu zaczyna się ta mądrość,
którą wraz z wyprawą moją
w okolice Jasnej Góry
w głowie swojej odnalazłem,
kiedy bez swej wdzięcznej kury
przyszło jechać mi tym razem.

No więc tak się sprawy mają.

Będąc z Kurą nie związanym
(wiem, że brzmi to dość dziwacznie)
snułem swój szczęśliwy żywot
dość radośnie.

Jeśli tylko mnie nie mylą
licznie rozsypane pióra,
które w niefrasobliwości swojej
gubi każda zdrowa kura,
to wnioskować mi należy,
że jej grzędzi los w kurniku
szczęścia również w obfitości
nie poskąpił.

Gdy nastąpił owy moment,
że nas lubość ogarnęła,
to zaczęła się historia
szczęścia wespół dzielonego.
Nie mniejszego, nie większego,
chociaż na wskroś odmiennego.
Inne barwy, inne chwile,
inny motyw widzisz w sile,
która, nie bez naszej troski,
pielęgnuje przymiot Boski
w sercach teraz odczuwany kierunkowo.

,,To już nie ta sama grzęda”
– rzekła do mnie dość przejęta
ukochana moja kura,
tęskniąc z lekka za beztroską
jakiej wcześniej doznawała.
Rację miała moja Mała.
Ciaśniej robi się czasami,
a to plusem jest nie zawsze.

Więc gdy czas wyjazdu nadszedł,
dość istotnie w nas narastał
niepokoju odruch o to,
czy nam przyjdzie znów z ochotą
po powrocie kurnik dzielić.

Nie znajduję ja recepty,
co by mogła nam zapewnić
sukces w takich dylematach.
Ale wiem, że w postulatach,
co pewności poszukują
tkwi ufności pewien brak,
ze Opatrzność nie chce wspak
naszemu szczęściu czynić.

Co więc zatem, mój Ryszardzie,
myślę o tym na ten moment,
to też ujmę w jednym zdaniu.

,,Jeśli zaraz po radości,
którą niesie zapach nowy,
przyjdzie Ci z przyczyną jego
się na czas niekrótki rozstać,
to postaraj się najmocniej
myśl tę sobie uprzytomnić
jak to kiedyś ulicami
w szczęściu sam musiałeś chodzić.”

Bo to sposób najpewniejszy,
by szczęśliwych było dwoje,
jeśli z sobą samym będąc,
wciąż szczęśliwi są oboje.

Rysiowi
13.07.2002.