fbpx

Ten tekst napisałem nie będąc jeszcze przedsiębiorcą. Byłem w owym czasie członkiem pewnej grupy ewangelizacyjnej i będąc odpowiedzialny za przebieg jednego z jej corocznych zjazdów, postanowiłem wygłosić właśnie na ten temat prelekcję.

To był 3 listopad 2006 roku. Moje twierdzenia i sugestie nie zostały wówczas dobrze przyjęte. Z grupy ewangelizacyjnej odszedłem.

 
Dziś, po 11 latach od tamtego czasu i po siedmiu latach prowadzenia własnej firmy zawarte w tych rozważaniach intuicje wydają mi się nadal słuszne.

 


Zapraszam do subskrypcji Newslettera!


Refleksje nad obrazem biznesowego podejścia do dzieła ewangelizacji

Biznes i praca

Biznes, to przedsiębiorcza inicjatywa człowieka, zmierzająca do realizacji określonych celów.

Sens pracy:

  • pomnaża dobro wokół nas
  • kształtuje człowieka, który ją wykonuje
  • jest wyrazem godności człowieka (człowiek wypowiada się przez pracę)
  • jest sposobem zdobywania środków na utrzymanie i rozwijanie działalności

Wszelka praca, którą wykonujemy winna być pracą dobrą, pożyteczną, najlepszą z możliwych. Winniśmy dawać ludziom to, co najlepsze. Owocami naszej pracy są dobra materialne, psychiczne i duchowe.

Swoją pracą winniśmy pomnażać dobro wokół nas, jak też zdobywać środki na utrzymanie i inwestycje w poszerzanie skali swojej działalności.

Teoria rynku: popyt, podaż, cena.

Teoria popytu: zasadniczo – im oferowane dobro jest droższe, tym jest mniejsze na niego zapotrzebowanie.

Teoria podaży: zasadniczo – im za dane dobro mniej się płaci, tym jest mniej chętnych, by je oferować.

Biznes, a sakramenty

Dlaczego nie wolno handlować sakramentami? Bo powinny być dostępne dla każdego, kto chce z nich skorzystać, również tego, kto nie ma pieniędzy, by za nie zapłacić. Byłby też oczywisty kłopot z „monopolem” na świadczenie sakramentów, co stanowiłoby samo z siebie przeszkodę do korzystania z nich dla oburzonych tym faktem „bezrobotnych”.

Kłopot z wynagrodzeniem szafarzy sakramentów. Jak wynagradzać ich czas? W jaki sposób mają zdobywać środki na utrzymanie. Ukształtowała się forma dobrowolnej ofiary, gdzieniegdzie słychać, że szafarze oczekują określonych kwot (np. określona kwota za ślub).

Zrozumienie dla kapłanów: gdy kapłan idzie do świeckich po jakąś usługę (fryzjer, dentysta, bank, stacja paliw, kolej…) to płaci za nią kwotę, której się od niego oczekuje. Gdy przyjmuje świeckiego, żąda się od niego, by oczekiwał jedynie na dobrowolną ofiarę.

Nie troszczcie się o to co macie jeść i pić, ani w co się przyodziać…

Czy ten tekst kierowany tylko do szafarzy sakramentów, czy do każdego człowieka? Czy jest prawdziwy niezależnie od rodzaju wykonywanej pracy? Czy mamy z tego wnioskować, że ekonomia, nauka o sprawnym zarządzaniu, planowaniu, o roztropnym gospodarowaniu zasobami jest na śmieci?

Oczywiście nie. Sens tych słów nie może polegać na tym, że nie planujemy i nie myślimy o jutrze.

Prawa ekonomii

Prawa ekonomii są jak prawa natury: po prostu są. Opisują człowieka i grupy ludzi oraz ich zachowania w kontekście wymiany dóbr. I można się z nimi liczyć lub nie (ci, co się liczą, z reguły lepiej na tym wychodzą, podobnie jak lepiej na znajomości prawa grawitacji wychodzą piloci).

Problem komercjalizacji działalności

Na czym polega podstawowy problem komercjalizacji działalności (używa się czasem słowa „komercja” w znaczeniu pejoratywnym). Czy na tym, że coś się robi dla pieniędzy? Nie na tym, ale na tym, że na dobra wartościowe czasem nie ma popytu, że rynek nie jest ukształtowany tak, że najwięcej płaci się za to, co najbardziej wartościowe.

Stąd kierując się chęcią maksymalizacji zysku, zaczynamy oferować to, za co inni gotowi są zapłacić, niestety zwykle nie chcą płacić za to, co chcielibyśmy im zaoferować (a co uważamy, że jest wartościowe, np. muzyka Mozarta), ale to, co im się po prostu podoba, do czego dorośli, co na miarę rozwoju ich potrzeb jest ich zdaniem im potrzebne (np. muzyka Disco Polo).

I tak dla przykładu, komercjalizując swoją działalność kompozytorzy zaczynają „pisać pod publiczkę”.

Marketing, a edukacja i wychowywanie

Odpowiednią działalnością marketingową kształtuje się popyt. Można zachęcić do kupienia tego, co się ma do zaoferowania. I nie musi to być tylko drogą manipulacji. Może i powinno się to odbywać drogą wychowywania, edukacji. Można wychować odbiorcę (klienta, jeśli posługujemy się terminami ekonomii) by chciał tego, co wartościowe.

Jest to rzecz jasna bardzo trudne. Rozwiązanie problemu (a co się z tym wiąże, uzyskanie tego, co się chce – jakkolwiek to rozumiejąc) poprzez próbę zmiany związanego z nim człowieka, jest jak sądzę najtrudniejszą (i najbardziej zawodną) z metod jego rozwiązania. Znacznie prościej jest uzyskać to, co się chce, poprzez wykorzystanie aktualnych: silnych i słabych stron człowieka, z którym mamy do czynienia.

Jednym słowem zaoferować mu to, czego on w tej chwili chce, co uznaje za mu potrzebne (wykorzystanie jego wewnętrznych schematów myślowych, czy – jakby to określiło Neuro-Lingwistyczne Programowanie – aktualnych jego meta-programów), co na swoim poziomie rozwoju gotów jest uznać za wartość. Lub ewentualnie wcisnąć mu to, co chcemy, owijając to w papierek pojęć dla niego zrozumiałych i jemu miłych, albo na tyle wieloznacznych, że sugerując znaczenia jedne, przemyca się znaczenia inne.

A jednak – jako chrześcijanie – winniśmy się przede wszystkim tym zajmować: zmianą człowieka (jego wychowywaniem, czyli ukierunkowywaniem jego uwagi na dobra najbardziej wartościowe i wspieraniem go, by był w stanie je wybrać, więcej – by chciał za nie zapłacić tym, którzy mu je oferują), a nie jedynie dawaniem (sprzedawaniem) mu tego, co chce.

Jednym słowem celem jest zachęcenie człowieka, by zechciał wejść na drogę wymiany dóbr najbardziej wartościowych (stworzenie „rynku” dóbr wartościowych), a nie utwierdzanie go na „rynku”, na którym aktualnie funkcjonuje poprzez dawanie mu tego, co chce (za co gotów jest zapłacić) i równoczesne utwierdzanie go w przekonaniu, że za dobra najbardziej wartościowe (których on na dodatek za takie nie uznaje) płacić nie trzeba.


Zapraszam do subskrypcji Newslettera!


Rozdawanie za darmo, a wychowanie do wzajemności

Twierdzę, że ten, komu prawdziwie zależy na pomnażaniu dóbr najbardziej wartościowych winien przede wszystkim ukierunkować swe wysiłki nie na „rozdawanie tych dóbr za darmo” (nie znajdzie wówczas zbyt wielu współpracowników, co wynika z teorii podaży), ale na „kreowaniu rynku tych dóbr” i na umożliwieniu jak największej liczbie osób dostępu do tego rynku.

Tu jest moim zdaniem miejsce na altruizm, na bezinteresowność: bezinteresowne kreowanie rynku (bezinteresowne, bo bardziej interesom służyłoby wykorzystanie rynków już istniejących, zgoda na aktualny kształt człowieka; kreowanie nowego rynku, dopóki on nie powstanie nie przynosi żadnego zysku temu, kto go kreuje – więcej, ponosi on dodatkowo tzw. koszty utraconych możliwości na rynkach, które mają się dobrze; a gdy rynek już wykreuje zyski staną się udziałem nie tylko jego, ale każdego, kto na rynku zacznie funkcjonować).

Celem tych wysiłków nie powinna być bezinteresowność, rozumiana jako brak wzajemności w wymianie dóbr – człowiek, który nic nie oczekuje, za to, co daje. Celem tych wysiłków jest właśnie wychowanie do wzajemności!

Biznes, a miłość

Miłość to bezinteresowny dar z samego siebie. To również dar z tego co się posiada. W miłości oczekuje się odwzajemnienia! Miłość, która nie oczekuje (albo wręcz nie chce!) odwzajemnienia jest miłością poronioną, jest formą „samouwielbienia tego, kto kocha” (kocham tak bardzo, że aż nie oczekuję odwzajemnienia). Taka miłość nie jest nawet odbierana jako dar, ze strony kochanego. Taka miłość jest odbierana jako forma jednostronnego uzależniania, stawiania w roli nieustannie zobowiązanego do wzajemności, swoistego dłużnika, który nigdy nie może spłacić swego długu.

Celem miłości nie jest miłość sama w sobie (postawa tego, kto kocha). Celem miłości jest komunia osób! Ten, kto kocha dąży (powinien dążyć) do stworzenia komunii z kochanym. Komunii, a więc relacji opartej na wzajemnym darze z siebie, na wzajemnej wymianie. Wymiana dóbr jest więc formą realizacji miłości! Jednostronne dawanie nie jest zdrowym układem, a na dłuższą metę jest nawet niemożliwe.

Biznes, a bezinteresowność miłości

Podkreśla się jednak, że miłość, to bezinteresowny dar z samego siebie. Owa bezinteresowność nie może jednak zakładać braku oczekiwania na odwzajemnienie. W tym sensie miłość zawsze będzie (i powinna być) „interesowna”. Brak oczekiwania na odwzajemnienie byłoby równoznaczny z wyrzuceniem przed świnie najcenniejszej perły, jaką człowiek posiada – siebie samego.

Bezinteresowność w miłości dotyczy braku intencji pozyskania w głównej mierze korzyści innej natury, niż po prostu sam drugi człowiek i komunia z nim. Bezinteresowność oznacza tu brak interesu „ważniejszego” niż drugi człowiek (nie zaś brak pragnienia tego dobra, którym jest drugi człowiek), traktowanie drugiego człowieka nie jako środek do osiągnięcia jakiegoś celu, ale jako cel sam w sobie.

Miłość oznacza „chcę Ciebie” i w tym sensie nigdy nie będzie (z natury nie może być) bezinteresowna (kocham Cię, ale Ciebie nie chcę). W miłości jest wielki „interes”: pragnienie stworzenia komunii z drugim człowiekiem, pragnienie tego człowieka!

A jednocześnie ta komunia byłaby jakimś fałszem, gdyby ludzie oddający się sobie w miłości, nie dzieliliby się jednocześnie tym, co posiadają.

W tym też sensie jest w miłości również oczekiwanie i na inne dobra (w tym też materialne), jako na wyraz, potwierdzenie i znak tej miłości.

Problem braku rynków na pewne dobra

Zanieczyszczanie środowiska, brudne ulice, zatłoczone drogi… Jeśli za coś bezpośrednio nie płacimy, to mniej to szanujemy.

Wyzwanie, to tworzyć nowe rynki, zbudować mechanizm, który generował będzie dla ludzi zysk, z działalności społecznie pożądanej i koszt, jeśli działali będą w sposób dla społeczeństwa szkodliwy. Robi to w jakiejś mierze państwo, np. ogłaszając konkursy na realizację projektów w określonych dziedzinach, lub nakładając podatki na określone formy działalności (np. dodatkowy podatek za sprzedaż papierosów).


Zapraszam do subskrypcji Newslettera!


Konkurencja na rynku niwy Pańskiej

Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało.

Czy aktualnym robotnikom naprawdę zależy na tym, by robotników (pracowników!) na niwie pańskiej było więcej? Czy gotowi i chętni są wpuścić ich na „rynek” wymiany tych dóbr, za który biorą pieniądze? Czy gotowi są zaprosić nowych robotników do uczestnictwa w dobrach materialnych z tą pracą związanych?

Jest to oczywisty problem konkurencji lub jej braku w ramach rynku pracy na niwie Pańskiej.

Zjawisko konkurencji jest faktem, który można ignorować (twierdzić, że takie coś na naszym „rynku” nie istnieje), próbować odrzucić (ideologizować, lub demonizować ubierając go w różne dewocyjne szmatki), albo uznać jego istnienie i się nim rzeczowo zająć (przyjąć obecność „konkurentów” za wyzwanie i inspirację do szlachetnej i mężnej walki przede wszystkim nad zmianą samego siebie, by robić to, co się robi najlepiej jak tylko można).

Konkurencja jest wyzwaniem do zmiany na lepsze siebie samego, do podnoszenia jakości dóbr, które się oferuje. Dlatego konkurencja, jeśli jest przeżywana w duchu szlachetnego współzawodnictwa jest błogosławieństwem dla wszystkich.

Z pojęciem konkurencji wiąże się kwestia zabiegania o realizację określonej roboty. Czy mam prawo zabiegać o to, bym to ja, by mój zespół zrealizował określone dobro, a nie kto inny? Uważam, że jak najbardziej. Więcej, mamy prawo cieszyć się jeśli w rywalizacji o realizację określonego dobra zostaniemy zwycięzcami (jeśli tylko współzawodnictwo było szlachetne).

Tak samo też, uważam, mamy prawo do swoistego żalu, że to nam się nie udało. Być może i na tym polega to, co święci i błogosławieni zwykli nazywać „świętą zazdrością”.

Zawodowcy i amatorzy

Zawodowstwo i amatorstwo – słowa, które nabrały znaczenia tak zarówno w sensie stosunku do pieniędzy, jak też oferowanej jakości. Uwaga: zawodowcy zwykle robią rzeczy lepiej.

Robią to lepiej, bo biorą za to pieniądze. I biorą za to pieniądze dlatego, że robią to lepiej.

Różnorodność motywacji

Każdy człowiek jest słaby. Jego dobre motywacje i pragnienia trzeba (ze względu na tę słabość) wspierać dobrymi mechanizmami (np. rynkowymi, czy mechanizmami kontroli), które pomogą mu utrzymać dobry (wsparty sprawnym mechanizmem) kierunek.

Wielość motywów działania – jeśli tylko wzajemnie się nie wykluczają – to zasadniczo korzystna sytuacja. Im więcej motywów przemawia za realizacją danej rzeczy, tym większa szansa, że to zostanie zrealizowane.

Napięcie pomiędzy sacrum i profanum

Błąd w wychowywaniu młodych w niektórych środowiskach przykościelnych: powszechna krytyka dorosłych, że „pochłonął ich świat”, że już teraz zajmują się zarabianiem pieniędzy. „Bycie w świecie” i „zarabianie pieniędzy” to oczywistość dla każdego świeckiego. Ten stan trzeba afirmować i pomagać się w nim dobrze odnaleźć.

Istnieje rzecz jasna oczywista pokusa zbytniego przylgnięcia do dóbr materialnych, do zaczęcia traktowania ich jako celu samego w sobie. Pokusa budowania własnego królestwa.

Dlaczego tak wielu młodych, którzy dotychczas byli zaangażowani w bycie przy kościele, gdy zaczynają zarabiać odchodzą? Odpowiedź (nie wyczerpująca): bo przy kościele nie znajdują pracy, bo przy kościele nie daje się im zarobić!

Nie można opierać działalności kościoła na „bezinteresowności” młodych, których utrzymują ich rodzice pracujący w świecie (za co są jeszcze krytykowani).

Błędne koło. Otrzymując środki materialne na życie i działalność z ofiar, księża bywają bardzo ostrożni w płaceniu świeckim, za współpracę na niwie pańskiej. Świeccy się burzą i dają na tacę marne grosze, rezygnując ze współpracy. Księża się jeszcze bardziej zamykają, a świeccy jeszcze bardziej oburzają i dają coraz mniej, lub wcale.

Rozwiązanie: zmienić mechanizm. Zacząć prawdziwie współpracować z pełnymi tego konsekwencjami: ramię w ramię pomnażać dobra, a potem sprawiedliwie dzielić otrzymane za to środki.

Biznes, a drugie przykazanie

Oczywiście nie można wykorzystywać marki Kościoła do realizacji prywatnych interesów. Z szyldu Kościoła czynić swoistej zasłony dla rzeczywistej działalności, pod świętymi motywami ukrywać motywy nie święte, kupować dla siebie zaufanie, jakim cieszy się Kościół (wiemy, że są ludzie, wśród których tym zaufaniem się nie cieszy). Nie wolno, bo zawiedzenie tego zaufania (nieodzowne w działalności gospodarczej) godzi w „interesy” znacznie większej sprawy.

„Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego na daremno”.

Można jednak, jak sądzę „splatać” własne interesy z interesami Kościoła, interesy prywatne z publicznymi. Swoiste partnerstwo Kościelno-prywatne („na” wzór lub „za” wzór dla publiczno-prywatnego).

Tak samo jak mądrość życia Kościoła winna przenikać życie świeckie, tak też i mądrość życia świeckiego winna przenikać życie Kościoła. Pomiędzy prawdziwymi mądrościami nie może być sprzeczności, choć bywa, że rzeczywista głupota bywa nazywana „mądrością tego świata”.


Zapraszam do subskrypcji Newslettera!


Nieświęte uświęcanie się

Pytanie: czy moja działalność przy kościele nie jest formą psychicznej rekompensaty za nieuczciwość, albo niezaradność w życiu w świecie?

To zasadniczy błąd: angażować się nie po chrześcijańsku w sprawy kościoła, zamiast po chrześcijańsku podejmować sprawy świata.

Jeśli moja działalność w świecie (oparta na wymianie dóbr, na kupowaniu i sprzedawaniu) nie jest „święta”, to bywa, że szukam przy kościele sposobu „uświęcenia” się, lub co najmniej „oczyszczenia”, poprzez jakąś formę działalność „bezinteresownej”.

Jeśli tak jest, to próba przekształcenia tej działalności w działalność „nagradzaną” (wynagradzaną) spotyka się z wielkim oporem: jeśli za pracę przy kościele otrzymam pieniądze, to stracę źródło swojego oczyszczenia!

Kłopot jest tym większy, że taki mechanizm utrwalany jest czasem przez postawę poszczególnych księży. Im silniej krytykują (w sensie negatywnym) ludzi świeckich, za ich życie w świecie, tym jest w nich silniejsze pragnienie oczyszczenia się poprzez „bezinteresowną” pracę przy kościele. Jest to rzecz jasna owym księżom (w sensie finansowym) na rękę.

A tymczasem winni na własnym podwórku wygenerować zdrowy mechanizm wymiany, pokazując z jednej strony jak należy kształtować świat (krytyka pozytywna), a z drugiej zabierając owym świeckim fałszywego bożka, urojone źródło uświęcenia poprzez darmową robotę na rzecz przysłowiowej parafii.

Błogosławieni Ubodzy

Dlaczego Matka Teresa nie chciała stałego wynagrodzenia za swoją pracę? To rzecz jasna jedynie domysł. Ubóstwo osobiste ułatwiało jej zrozumienie cierpienia tych, którymi się zajmowała.

Szczególne powołanie: całkowita zależność od Boga, radykalne świadectwo ufności jemu (radykalność w sensie formy, a nie treści, bo ta obowiązuje i jest dostępna dla każdego).

Nie można przenosić w sposób dosłowny postawy Matki Teresy na życie świeckie (w szczególności rodzinne). Nie można też pewnie przenosić tego nawet na życie Watykanu, a z pewnością nie zrobił tego inny święty naszych czasów Jan Paweł II. Watykan korzysta z usług bankowych i ma ludzi zajmujących się przede wszystkim sprawami ekonomii.

Matka Teresa z pewnością nie gardziła pieniędzmi. Więcej: starała się o ich pozyskanie dla tych, którymi się zajmowała!

Nie można służyć Bogu i mamonie

Nie można służyć Bogu i mamonie – sformułowanie podobne jak w listach św. Pawła, kiedy przeciwstawia ciało duchowi. Nie chodzi o to, by przekreślić ciało (byłaby to potępiona przez Kościół herezja manicheizmu), ale by było podporządkowane Duchowi. Z całą pewnością Duch troszczy się o swoją świątynię, o ciało i respektuje rządzące nim prawa i jego potrzeby.

W tekście o Bogu i mamonie nie chodzi też więc o przekreślenie mamony (byłby to swoisty „ekonomiczny manicheizm”), ale o podporządkowanie jej służbie Bogu. Tak jak mam się troszczyć o to, by moje ciało było jak najbardziej sprawne, by jak najlepiej mogło służyć Duchowi, tak też muszę się troszczyć o to, by być jak najbardziej „sprawny finansowo”, bym mógł dobrze służyć Bogu.

Dojrzałość chrześcijanina w kwestii stosunku do pieniędzy nie może polegać na tym, że ma się na ich punkcie alergię.

Brak pieniędzy z całą pewnością nie jest istotą ewangelicznego ubóstwa, choć może rzecz jasna być znakomitym świadectwem o jego praktykowaniu (podobnie jak i o życiowym nieudacznictwie, podpartej święto-podobną ideologią lekkoduszności, czy permanentnym wystawianiu Boga na próbę, by w kwestii finansowej czynił w mym życiu cuda).

Zarządzanie projektami, a ewangelizacja

Każde przedsięwzięcie (projekt) ograniczony jest trzema wymiarami: zakres (co zrobić), czas (na kiedy zrobić) i budżet (ile na to możemy poświęcić posiadanych zasobów). Chcąc zwiększyć zakres lub zmniejszyć czas musimy praktycznie zawsze zwiększyć budżet. Im mamy mniejszy budżet, mniejsze zasoby, tym mniej możemy zrobić.

Jeśli nie wiem, jakie wynagrodzenie za daną pracę otrzymam, to nie mogę rozsądnie tej pracy zaplanować. W szczególności mam trudność z oszacowaniem, czy mogę zaangażować ludzi, którzy oczekują określonej kwoty za pracę, którą wykonają. Wszelkie inwestycje wymagają oszacowania wielkości wpływów. Zatrudnianie pod- lub współwykonawców wymaga z reguły określenia kwoty wynagrodzenia, jaka stanie się ich udziałem.


Zapraszam do subskrypcji Newslettera!


Pracuj tak, jakby wszystko zależało od Ciebie, módl się tak jakby wszystko zależało od Boga.

Sformułowanie J. Neuhausa: pracuj tak, jakby wszystko zależało od Boga i módl się tak, jakby wszystko zależało od Ciebie.

Niech nie wie Twoja lewa ręka, co czyni prawa.

Dosłownie rozumiejąc – nie jest to możliwe, trzeba szukać sensu innego.

Subsydiowanie

Podejmowanie różnych form działalności – jedne dają pieniądze, inne prestiż, inne poszerzają znajomości, a inne niosą dobra o charakterze niedochodowym (np. ewangelizacja).

Często jest możliwa taka aranżacja podejmowanych działalności, by subsydiowanie nie dokonywało się tylko w jedną stronę: to co daje jedynie prestiż sprawia, że w innej działalności uzyskuje się więcej pieniędzy. Uzyskując więcej pieniędzy, można postarać się o to, by podnieść prestiż.

Wynagrodzenie za ewangelizację

Oczywisty kłopot: w oczach wielu ludzi spada wiarygodność naszych szczytnych idei, gdy robimy coś biorąc za to pieniądze. Ale to samo mają psychologowie, policjanci, lekarze, prawnicy…

Rzeczywisty problem którym trzeba się zająć: moje intencje i percepcja (i satysfakcja) tego, kto z moich „usług” korzysta. Pieniądze nie są tu rzeczywistym problemem, pieniądze jedynie o problemie przypominają.

Oczywista pokusa: jeśli z czegoś żyję, do zależy mi na istnieniu tego rynku. Stąd nie jest w interesie ekonomicznym policjanta całkowity spadek przestępczości. Gdyby tak się stało – straciłby pracę! To dotyczy każdego, kto utrzymuje się z podejmowania prób zmienienia czegoś (lub kogoś). Jeśli w ostateczności to zmieni, nie będzie już miał co robić. Z drugiej strony jako ewangelizatorzy mamy przyjeżdżać jako świadkowie. Świadkowie Życia! A więc również i świadkowie roztropnego podejścia do pieniędzy.

Dlaczego by nie przenosić najlepszych (w najszerszym tego słowa znaczeniu) standardów biznesowych na działalność grupy ewangelizacyjnej? Również pracownicy organizacji niedochodowych otrzymują pensje. Dlaczego nie dawać pozytywnego świadectwa na temat tego, jak organizować życie gospodarcze?

Pytanie: czy proboszcz, ewentualnie ludzie uczestniczący w rekolekcjach, dawaliby tyle samo pieniędzy, gdyby przyjechał tylko ksiądz, który aktualnie razem z grupą prowadzi rekolekcje? Odpowiedź: nie. Kto „zarobił” te pieniądze? Kto powinien mieć w nich udział?

Każdy ma jakiś swój biznes. Jedni świadczą usługi w określonej firmie, inni sami są firmą, jedni oferują jeden produkt czy usługę inni całą ich paletę, jedni pracują 8 godzin inni 3, a jeszcze inni 24… Jeśli ramię w ramię robię z Tobą robotę, za którą otrzymujemy wynagrodzenie, to jakie ma znaczenie dla podziału tego wynagrodzenia to, że pracuję jeszcze gdzieś indziej?

Święte profanum

Można lepiej służyć sprawie Bożej rzetelnie wykonując swoje obowiązki w dziale finansowym komercyjnej firmy, niż marnując czas, siedząc na furcie klasztornej.

Manipulacja szczytnymi ideami

Bardzo inteligentny ksiądz diecezjalny (wzbudzający moje głębokie uznanie) na swoje stronie pisze tekst: „Jeśli chcesz pomóc sprawie ewangelizacji, to zamieść ten baner na swojej stronie.” Baner dotyczy jego prywatnej strony, na której ów ksiądz reklamuje się jako rekolekcjonista.

Trudno odmówić takiemu zaproszeniu: „Jeśli chcesz pomóc sprawie ewangelizacji”. Tymczasem jest rzeczą znaną, iż rekolekcje dla księży stanowią silne wsparcie finansowe. Skoro tak, to zamieszczając taki baner na swojej stronie, prócz wspierania dzieła ewangelizacji, jakie ten ksiądz podejmuje, wspieram również jego interesy finansowe. Czy w związku z tym, nie powinienem mieć udziału w jego zyskach, jeśli postanawiam zrobić mu reklamę, umieszczając jego baner na swojej stronie?

Lepsze i uczciwsze sformułowanie: „Jeśli chcesz pomóc sprawie, której służę…” Od razu widać, kto się pod tą ewangelizacją kryje. Mogę chcieć wspierać ewangelizację, ale nie muszę chcieć bezpośrednio wspierać Twojej działalności (środki mam ograniczone, a za bardziej godne wsparcia – lub za bardziej opłacalne z punktu widzenia własnej, równie szczytnej działalności – mogę uznać działanie kogoś innego).

Brak bezpośredniego wsparcia nie musi oznaczać chęci szkodzenia (ani temu, kto służy, ani idei, której służy). Może oznaczać po prostu ograniczoność środków, które za słuszne uznaje się zainwestować gdzie indziej.

A może najlepszym rozwiązaniem ze strony tego księdza byłoby zaproponowanie wymiany banerów?

Dobra materialne w Kościele

Znajomy proboszcz wyjeżdża do Stanów, w celach komercyjnych, bo buduje kościół. To oczywistość życia kościelnego! Niektórzy mówią, że dany proboszcz utopił swoje kapłaństwo w betonie. Być może tak bywa. Z pewnością nie mówią tego proboszczowie, którzy w swoim życiu wybudowali jakiś kościół. Równie dobrze można by zarzucić matce, która ma piątkę dzieci, że utopiła swoje macierzyństwo w pieluchach. Choć pewnie i to jest możliwe.

Nie samym chlebem…

Nie samym chlebem żyje człowiek. Skoro nie samym, to chlebem też.

Darmo otrzymaliście…

Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Co tak naprawdę otrzymałem za darmo? Co więc powinienem też darmo dawać?

Biznes, a prawda

Problem z pieniędzmi: nigdy tak naprawdę nie mamy ich w wystarczającej (naszym zdaniem) mierze. Zawsze będziemy chcieli mieć ich więcej. Jeśli będzie możliwość wyboru wykonania tej samej pracy, ale za różne wynagrodzenia, to wybierzemy to, gdzie nam więcej zapłacą.

Grozi ewangelizacja tylko tych, którzy chcą zapłacić. A to grozi chęcią przypodobania się im, by chcieli płacić, a to z kolei grozi kompromisem z prawdą i/lub zaniedbaniem ubogich.


Zapraszam do subskrypcji Newslettera!


Odpowiedzialność – władza – wynagrodzenie

Jeśli mam być za coś odpowiedzialny, muszą mieć nad tym kontrolę (władzę).

Jeśli z odpowiedzialności mam być rozliczany, to powinienem być za nią i nagradzany.

Kto nie chce pracować, ten niech nie je.

Na innych zasadach winni być ci, co pracują niż ci co pracować nie chcą.

Sądzę, że też na innych ci, co chcą, ale z jakiś powodów nie mogą.

Godzien jest robotnik zapłaty swojej.

Cel: grupa ewangelizacyjna utrzymuje się z tego, co robi, a nie z jakiejś innej działalności jej członków. Jeśli tylko jest to możliwe, a twierdzę, że jest, to trzeba do tego dążyć (godne to i sprawiedliwe).

Szycie namiotów po godzinach niech będzie osobistą decyzją każdego, lub formą przetrwania grupy w sytuacjach kryzysowych, a nie prawem obowiązującym wszystkich i szczytem marzeń.

Sylwester Laskowski

PS.
Refleksja z września 2017 r. Duża akcja religijna. Kilka tysięcy osób (chrześcijan, chyba nie bezrobotnych). Połowa nic nie słyszy. Podobno nie było pieniędzy na profesjonalne nagłośnienie.

No szlag by trafił tych akustyków! Nic nie zrobią za darmo…


Zapraszam do subskrypcji Newslettera!