fbpx

Co ja tu jeszcze robię o tej porze
gdy słońce lipcowe praży po południu?
Ryję angielski i gram na gitarze.
Opalał zapewne będę się w grudniu.

Babki na ulicach krew spokojną burzą,
błogiego spokoju zaznawać nie dają.
Ciała swego wdzięku eksplodując burzą
oddech zapierają, dreszcze wywołują.

I myśli kosmatych stają się powodem.
Pilnować się zatem trzeba. Gasić chłodem
wzniecony pragnieniami naturalny płomień
by w czas niewłaściwy nie był z tego ogień.

Nie łatwa to sztuka być strażakiem dobrym.
Zwłaszcza, że przyjemnie grzać się przy ognisku.
I do tego stopnia zdaje się być głodnym,
że już wszystko jedno czy będzie po pysku.

O jakież to szczęście, kiedy superwomen
jednym dłoni gestem nad tą sytuacją
panowanie uzyska i pożar za moment
ugasi z typową dla siebie gracją.

Sprawa się poważnie skomplikować może,
kiedy niecna zacznie do pieca dokładać.
Wtedy są dwie drogi: ratuj się kto może,
albo zacząć mądrze z babką negocjować.

A może uwierzy, żem ja chciał doprawdy
tylko tak przez chwilę jej ciała powabność
kontemplować w myślach, różowych nie czarnych
i żem nie śmiał nawet ciała swego marność

niczym bubel wciskać istocie uroczej.
Lecz z szacunkiem wielkim, bezinteresownie
podziw oraz zachwyt nią wyrazić raczej.
Potem spuścić oczy i odejść spokojnie.

Ciekaw jestem wielce ogólnie ujętej
reakcji siks wielu na taki stan rzeczy.
Sytuacji bądź co bądź prosto z życia wziętej,
która ogólnemu zakończeniu przeczy.

Że się stali od tej, doprawdy uroczej
chwili niczym Romuś z Julią, lubą swoją.
Lecz tylko na chwilę, bowiem gdzieś za roczek
na ślubnym kobiercu z konieczności stają.

Bogu ducha winien – Bozo – ich potomek,
że na świat zawitać przyszło mu znienacka
i że Romuś z Julią teraz wspólny domek
szykować mu muszą i kupować cacka.

Nie traćmy nadziei i pogody ducha
wszystko jeszcze może pięknie się ułożyć
(czego zresztą życzę). Lecz nie łatwa sztuka
w takiej sytuacji dość wysoko mierzyć.

Załóżmy, że Romuś plany miał nie małe,
ze swoją osobą ściśle powiązane,
że muzykiem będzie, ściślej gitarzystą
niczym jego dziadek wybitnym artystą.

Co wymaga wiele czasu poświęcenia.
Walki ze znudzeniem, chwilą zniechęcenia,
rezygnacji z innych przyjemności wielu,
konkretnego planu osiągnięcia celu.

A tu przez swą słabość i brak panowania
nad narwanym dzwońcem, żądnym krwi dziewiczej
nie mało zamętu sprawia, zamieszania
wnosi. (Zapowiadało się lepiej).

Patrząc na tę całą historyjkę z boku,
szału namiętności, efektu w bok skoku
myśl taka wypełnia pustkę w mojej głowie,
że ten czas nauki wyjdzie mi na zdrowie.

Winienem to szczęściem nazywać albowiem
nie każdemu dane mieć gitarę codzień
w dodatku nie swoją, na której grać może
w ciepłe dni lipcowe o dowolnej porze.

A Babki niech budzą w duszy mojej wiosnę
bym mógł zrywać kwiaty w ten czas gdy dorosnę
i będę gotowy przyjąć w progi swoje
dziewkę, która codzień inspirację daje.

A póki co grzmocił będę w Marcinową
gitarę co w maju była pożyczoną
dla mnie niegodnego, choć z nadzieją wielką,
że by godność zyskać trudność zniesie wszelką.

Choćby po czterokroć godzinę wydłużać
na czas zdobywania kunsztu w graniu przyszło.
Się mam zamiar wielki dnia każdego starać
by ku rozkwitowi muzyki to wyszło.

W zamian za niemały dar serca Twojego,
jeśli zechcesz wydać pozwolenie na to,
będę wszem rozgłaszał po kres życia mego,
iż Marcina żona piękną jest kobietą.


Marcinowi Siatkowskiemu
Warszawa 7.07.1995